Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Taka jestem: Barbara Sadowska, idealistka

Barbara Acher–Chanda 19-05-2016, ostatnia aktualizacja 19-05-2016 16:00

Wiceprzewodnicząca zarządu Fundacji Pomocy Wzajemnej Barka

« 1 / 8 »

Kiedy tworzyliśmy pierwszy dom we Władysławowie, kiedy przeprowadziliśmy się do opuszczonej szkoły z dziurami w dachu, to przez pięć lat nie było czego do garnka włożyć. Byliśmy z Tomaszem bezrobotni, bo choć mogliśmy podjąć pracę jako psycholodzy gdzieś w szkole, to jednak tego nie zrobiliśmy. Bo ten dom, ludzie, którzy z nami tam zamieszkali, wymagali naszej stałej obecności. Właśnie tamte lata spędzone razem, jako jedna wspólna rodzina, zbudowały fundament zaufania, na którym dziś wszystko stoi.

Źródło: archiwum prywatne
  • Kiedy tworzyliśmy pierwszy dom we Władysławowie, kiedy przeprowadziliśmy się do opuszczonej szkoły z dziurami w dachu, to przez pięć lat nie było czego do garnka włożyć. Byliśmy z Tomaszem bezrobotni, bo choć mogliśmy podjąć pracę jako psycholodzy gdzieś w szkole, to jednak tego nie zrobiliśmy. Bo ten dom, ludzie, którzy z nami tam zamieszkali, wymagali naszej stałej obecności. Właśnie tamte lata spędzone razem, jako jedna wspólna rodzina, zbudowały fundament zaufania, na którym dziś wszystko stoi.
  • Kiedy mamy wolną chwilę, czytamy całą rodziną. Na głos: „Tygodnik Powszechny”, encykliki papieża Franciszka, książki o cywilizacji. Od 15 lat nie mamy telewizora. Naszą pasją jest żeglowanie. Corocznie spędzane 10 dni na Mazurach dawały nam wytchnienie w najtrudniejszych latach. Wiatry, szkwały hartowały ducha i zbliżały naszą rodzinę do siebie.
  • W dzieciństwie marzyłam o tym, żeby być misjonarką. Ale dorastając, zrozumiałam, że nie muszę nigdzie wyjeżdżać, żeby pomagać innym. Dlatego na studiach wybrałam psychologię. Skąd taka potrzeba? To zasługa sąsiadki, niezwykle wrażliwej osoby, która mieszkała obok moich rodziców. Nie miała swoich dzieci, więc kiedy oni pracowali, zajmowała się mną i bratem. Do dziś pamiętam bajki, które nam czytała. Zawsze, mimo różnych perturbacji, na końcu zwyciężało dobro, odwaga, prawość i zaangażowanie. I właśnie te postawy mi przekazała.
  • Rodzice zaszczepili we mnie i moim bracie przekonanie, 
że trzeba mieć w sobie gotowość ryzykowania dla innych. Od czasów uczelni pracowałam w poprawczaku, w domu dziecka, w szpitalu psychiatrycznym, w więzieniu. Uskrzydla mnie obserwowanie, jak zmienia się człowiek, który kiedyś nie potrafił poradzić sobie z życiem, a dziś sam pomaga innym w Barce.
  • Tomasz ma w sobie odwagę przecierania nowych szlaków, której mi brakuje. Jak wtedy, kiedy trzeba było podjąć decyzję, czy Barka będzie w stanie przejąć 400–hektarowe popegeerowskie gospodarstwo w Chudobczycach. Bałam się, skąd weźmiemy środki, by to wyremontować dla dwudziestu paru rodzin. A Tomasz powiedział, że trzeba to wziąć, bo inaczej ludzie, którzy do nas przyjdą, nie będą mieli żadnej perspektywy. Wzięliśmy kredyt, spłaciliśmy go, a w międzyczasie wyremontowaliśmy budynki.
  • Z czasem prywatnym dla mnie i Tomasza było trudno. Do czasu aż nam się urodziła wnusia, Polunia. Bo kiedy jej mama idzie pomagać w Barce, to przywozi nam Polunię. Wnuczka sprawiła, że mamy wreszcie czas dla siebie. To ma sens, bo inaczej chybabyśmy się w tym wszystkim zupełnie zatracili.
  • Kiedy nasze córki były małe, miały problem z tym, że musiały się nami dzielić. Ale wydaje mi się, że lata spędzone wspólnie we Władysławowie były dla nich bardzo wychowawcze. Ewa rozwija dziś zagraniczne oddziały Barki. Pomaga tym, którym nie udała się emigracja. Marysia pilotuje program „Wspólny stół” i wiele innych przedsięwzięć, w których pracują byli bezrobotni, bezdomni, uzależnieni. Jadziunia jest skupiona na dziecku. Ale sądzę, że jak tylko córeczka jej na to pozwoli, to zwiąże się z Barką.
  • To było ogromne szczęście, że się spotkaliśmy z Tomaszem. Tak trudno znaleźć kogoś, kto też ma potrzebę pracy organicznej. Kto nie tylko o niej mówi, ale potrafi pokazać jej sens na przykładzie własnego życia. Kiedy się poznaliśmy, on miał 42 lata, ja – 28. Usłyszałam, że jest taki człowiek, Tomasz Sadowski, który założył w Poznaniu ośrodek rehabilitacji psychicznej. Że tam jest przestrzeń, by naprawdę pracować z ludźmi. Pojechałam więc. To właśnie tam, na bazie wspólnego działania, rozkwitły nasze uczucia.