Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Firma jak karetka

Ewa Kowalska 17-12-2015, ostatnia aktualizacja 17-12-2015 16:00

Taki jestem: Ernest Bartosik, dyrektor zarządzający Unipharm

« 1 / 6 »

Do pracy w biznesie przygotowały mnie lata w zawodzie lekarza. Zarządzanie firmą także wymaga diagnozowania, zbierania informacji, pogłębionych analiz. Oraz diagnostyki różnicowej, która w medycynie dopasowuje objawy do różnych chorób i pomaga stawiać rozpoznanie. Do dziś zdarza mi się ratować ofiary wypadków. Zawsze mam przy sobie podstawowy zestaw reanimacyjny. Nowe możliwości, które otworzyły się po zmianie ustroju, zachęciły mnie do spróbowania swoich sił w biznesie. Byłem zmęczony walką ze skostniałym systemem szpitalnym z lat 90. Kusiły mnie zachodnie standardy zarządzania w koncernach farmaceutycznych. Najpierw zarządzałem zespołem przedstawicieli medycznych, a następnie produktami w dziale marketingu. Żeby nie działać wyłącznie intuicyjnie, skończyłem studia MBA, szkolenie z zakresu marketingu i zarządzania w USA i Szwajcarii, a potem także psychologię biznesu dla menedżerów. Jako lekarz razem z zespołem uratowałem życie wielu osobom. W biznesie spełniam się, działając na rzecz profilaktyki chorób cywilizacyjnych. Staram się nie tylko sprzedawać produkty, ale także edukować społeczeństwo.

Źródło: materiały prasowe
  • Do pracy w biznesie przygotowały mnie lata w zawodzie lekarza. Zarządzanie firmą także wymaga diagnozowania, zbierania informacji, pogłębionych analiz. Oraz diagnostyki różnicowej, która w medycynie dopasowuje objawy do różnych chorób i pomaga stawiać rozpoznanie. Do dziś zdarza mi się ratować ofiary wypadków. Zawsze mam przy sobie podstawowy zestaw reanimacyjny.
Nowe możliwości, które otworzyły się po zmianie ustroju, zachęciły mnie do spróbowania swoich sił w biznesie. Byłem zmęczony walką ze skostniałym systemem szpitalnym z lat 90. Kusiły mnie zachodnie standardy zarządzania w koncernach farmaceutycznych. Najpierw zarządzałem zespołem przedstawicieli medycznych, a następnie produktami w dziale marketingu. Żeby nie działać wyłącznie intuicyjnie, skończyłem studia MBA, szkolenie z zakresu marketingu i zarządzania w USA i Szwajcarii, a potem także psychologię biznesu dla menedżerów.
Jako lekarz razem z zespołem uratowałem życie wielu osobom. W biznesie spełniam się, działając na rzecz profilaktyki chorób cywilizacyjnych. Staram się nie tylko sprzedawać produkty, ale także edukować społeczeństwo.
  • O wyborze specjalizacji zdecydowałem na piątym roku, kiedy jako członek koła chirurgicznego dyżurowałem jako osoba towarzysząca w pogotowiu. Robiłem masaż serca i prowadziłem wentylację workiem ambu u 19–latki, którą przywieźli z wypadku. Podobało mi się, że intensywna terapia pozwala pogodzić wiedzę teoretyczną ze sprawnością manualną. Siedem lat przepracowałem w pogotowiu, znieczulałem też na bloku operacyjnym. Mój najmłodszy pacjent miał kilka godzin i ważył 1600 g.
  • Na medycynę poszedłem po klasie humanistycznej w liceum o bardzo wysokim poziomie biologii, chemii i fizyki. Pasją do medycyny zaraziłem się w wieku 17 lat, kiedy pod choinkę dostałem słynną „Biologię” Villego, wówczas białego kruka, którą zacząłem czytać jak powieść. To między innymi dzięki niej poradziłem sobie z ciężkim egzaminem na medycynę na Akademii Medycznej w Szczecinie.
  • Trudno porównać stres lekarza ze stresem prezesa firmy, ale przydają mi się cechy specjalisty intensywnej terapii, takie jak umiejętność zachowania zimnej krwi. Nawet jeśli sytuacja jest bardzo trudna, nie należy pokazywać po sobie emocji. Pracownicy, podobnie jak personel karetki, muszą znaleźć oparcie w spokoju szefa. Bo jego niepokój przekłada się na zespół i zmniejsza szanse na uratowanie człowieka.
  • Jak każdy anestezjolog, umiem szybko przeliczać w pamięci dowolne liczby. Kalkulator mam w głowie, choć i tak zawsze sprawdzam wynik z urządzeniem. Nosiłem je przy sobie podczas pracy w szpitalu i noszę teraz. Mogę zapomnieć długopisu, ale nie zapomnę kalkulatora.
  • A mogłem pójść na łatwiznę i bez egzaminów dostać się na Akademię Wychowania Fizycznego. W liceum grałem wyczynowo w koszykówkę, moja drużyna dwukrotnie zdobywała tytuł wicemistrza Polski. Koszykarzem byłem także przez cały okres studiów. W 1985 r. zostałem najlepszym zawodnikiem akademii medycznych w Polsce. Dziś kontuzje nie pozwalają mi spełniać się pod koszem, więc grywam w tenisa.