Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Tutaj jesteś: Sukces » Działam

Działam

Wszystkie marzenia mi się spełniły

Wacław Krupiński 17-10-2011, ostatnia aktualizacja 17-10-2011 10:39

Będzie o pięknych latach 50., o walce na śmierć i życie. O miłościach, o odkrywaniu Ameryki i Niemiec. O czasach, w których radzono sobie bez komputera, komórki i GPS-a. Będzie też o tańcu, którego się boi... Zbigniew Wodecki w 40. rocznicę pracy artystycznej, w cudownie dowcipnej, ale i szczerej do bólu rozmowie o światach, które „uczą nas żyć” i „uczą udawać”.


(...) Wciąż jest w tobie jakaś zadra…
Jest. Wychowałem się w innym świecie. I nawet nie mówię o muzyce, raczej o wartościach, hierarchiach.

Fot. Joanna Kułaga/dzięki uprzejmości Pana Zbigniewa Wodeckiego
To był świat, w którym młody człowiek wiedział, że musi się od kogoś uczyć, że ważne są autorytety, że liczą się umiejętności poparte rzetelną wiedzą, latami ćwiczeń, że muzyk to ktoś, kto od dziecka podporządkowuje wszystko opanowaniu instrumentu… Że nie zostaje się artystą w ciągu paru miesięcy… To mi wpajał ojciec muzyk, tego mnie uczyli nauczyciele w szkole podstawowej i później Franciszek Skołyszewski, Aleksander Frączkiewicz, Juliusz Weber, u którego zrobiłem dyplom, i dyrygenci, pod których batutą grałem w orkiestrze, i Kazimierz Kord, z którego Krakowską Orkiestrą Kameralną grałem Koncerty Brandenburskie. Oni nauczyli mnie, że liczy się perfekcja, że program musi być idealnie przygotowany, że wszystko musi być wyćwiczone na blachę. Słowem – im ktoś więcej wie, tym większą ma szansę, by być kimś, by się zbliżyć do guru.
I nagle to wszystko szlag trafił. Zaczęło się zarabianie pieniędzy i robienie tzw. kariery. Zacząłem się zastanawiać, po co tyle lat się uczyłem. Wychodzę, śpiewam „Pszczółkę Maję” i mam większe brawa, niż gdybym zagrał jakikolwiek koncert. Nieraz mówię do któregoś z kolegów muzyków: „Nie ćwicz za dużo, bo stracisz kontakt z publicznością”. Albo: „Nie możesz grać bardzo dobrze, bo cię nie zrozumieją”. Niby to żarty, ale z życia wzięte. (...)

Ale przecież musiały być momenty, które pozwoliły ci bardziej uwierzyć w siebie, kiedy czułeś się dowartościowany? Np. uznanie jakiegoś autorytetu…
Oczywiście, że były ważne i budujące zdarzenia. Zaproszenie przez dyrektora Korda do Krakowskiej Orkiestry Kameralnej czy spotkanie Jana Webera, wybitnego muzykologa, popularyzatora muzyki poważnej. Kiedyś – to już było po nagraniu „Izoldy” i „Lubię wracać tam, gdzie byłem” – zaczepił mnie na korytarzu na Woronicza i powiedział: „Pan robi więcej dla całej muzyki poważnej niż cała nasza redakcja!”. I odszedł. Nie znałem go. Pytam, kto to jest? A on bodaj był już dyrektorem Naczelnej Redakcji Muzycznej Polskiego Radia i Telewizji. Kiedyś też zagadnął mnie w radiu Władysław Szpilman: „To pan nagrywa tego Bacha?”. Potwierdziwszy, usłyszałem: „Aha”. I Szpilman odszedł. Tu już miałem wątpliwości, czy to „aha” oznacza, że dobrze, czy że źle. Ale chyba dobrze, skoro mnie zaczepił.
Wiedziałem też np., że Gustaw Holoubek z sympatią się o mnie wyraża. I że lubili słuchać moich piosenek – „Bacha”, „Izoldy” – również aktorzy: Lidia Korsakówna, Kazimierz Brusikiewicz, Czesław Wołłejko… À propos pana Holoubka. Byłem w Warszawie na premierze filmu „Przedwiośnie” z dorosłą już córką Kasią, spotkaliśmy paru kolegów, między innymi Janka Gajosa…

Grał w tym filmie starego Barykę…
…Bogusia Lindę i parę innych osób. Natomiast już po pokazie przywitaliśmy się z panem Holoubkiem, czemu towarzyszyła krótka kurtuazyjna rozmowa. Wychodzimy i Kaśka mi mówi: „Wiesz, tato, największą satysfakcję sprawiło mi przywitanie się z Holoubkiem”. „Poczekaj chwilę”. Wróciłem z parkingu, podszedłem do aktora: „Muszę to panu powiedzieć. Córka z całego wieczoru najbardziej przeżyła fakt, że mogła panu podać rękę”. Popatrzył przeze mnie gdzieś daleko i daję sobie głowę uciąć, że zauważyłem w jego oku łzę.

Czyli w sumie dobrze, że nie pozostałeś przy muzyce klasycznej…
Muzycy w filharmoniach naprawdę ciężko pracują, a ja jestem po prostu na taką pracę za l­eniwy.

Przecież non stop pracujesz. I ty uważasz się za człowieka leniwego?
Jestem leser, któremu się udało. A udało się dzięki temu, że urodziłem się w Krakowie, że trafiłem między wspaniałych ludzi, że ojciec nie wahał się dać mi w łeb, gdy nie chciałem ćwiczyć. I tak oto temu leserowi udało się, bo choć jestem bardzo leniwy, to masz rację – jestem jednym z najbardziej zapracowanych ludzi estrady w kraju. Z jednej strony bardzo dużo pracuję, a z drugiej – trudno mi się zmobilizować, np. do poszerzenia repertuaru.

Faktycznie, repertuar twój bogaty nie jest. Niewiele tych piosenek.
I nawet nie chcę, żeby było ich dużo. Ja chcę wyjść i popisać się przed ludźmi. Repertuar, który mam, wystarcza.

To zabawne, że leserem określa się ktoś, kto od lat nie miał wakacji.
Nie mam, bo na wakacjach cierpię. Kupa czasu, można by tak pięknie poćwiczyć, a się nie chce.

Nie żartuj. Jacek Wójcicki powiedział mi: „Zbyszek ceni talent, bo sam go ma, dlatego uwielbiam jego powiedzenie: «Po co ćwiczyć, ćwiczyć to muszą mało zdolni…»”.
Zdolni ćwiczyć nie muszą, a niezdolni nie powinni.
Obiecujesz mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę? OBIECUJĘ. JAK TYLKO SUMIENIE I RESZTKI ROZSĄDKU POZWOLĄ. A są pytania, których nie chciałbyś usłyszeć? PEWNIE SĄ. MAM NADZIEJĘ, ŻE JAKO CZŁOWIEK KULTURALNY ICH NIE ZADASZ. Jak sądzisz, dowiesz się czegoś o sobie przy okazji tej książki? ŻE JESTEM JUŻ STARY...

Musisz cały czas pracować?!
Przywykłem, że codziennie gram na skrzypcach i na trąbce, żeby utrzymać usta w formie. O, świetnie się czułem na Mazurach u Krzyśka Jasińskiego, przed premierą „Sonaty Belzebuba”. Rano bieg do jeziora, by popływać, potem próba, przerwa na lunch, druga próba, przerwa na podwieczorek, trzecia próba. To bardzo męczące intelektualnie, a fizycznie… jeszcze bardziej. Po całym dniu czułem się wykończony, ale zdrowsze to niż leżenie na plaży (nie używam kremów).

To nie kokietuj słowem „leser”.
Świadomie go użyłem. Bo miałem dużo szczęścia; mnie naprawdę nie musiało się udać. W szkole podstawowej byłem małym chuliganem, z liceum muzycznego mnie wyrzuci­li!­!! W domu tragedia. Grająca na wiolonczeli siostra śpiewa w Operetce Krakowskiej, ojciec jest pierwszym trębaczem w orkiestrze symfonicznej, dom nieustannie pełen ludzi ze świata muzyki, których dzieci również uczęszczają do szkół muzycznych, a ja, który miałem zostać Paganinim, nie dość, że słabo się uczyłem – bo orłem nie byłem, muzyka długi czas mało mnie interesowała – to ostatecznie zostałem wyrzucony w pierwszym roku nauki z liceum. Trzech nas skreślili z listy uczniów, wcześniej oskarżając o wyrzucenie map z sali perkusyjnej, gdzie ćwiczyliśmy na trzy gitary i trzy głosy ówczesny szlagier „Jedzie, jedzie pociąg”.

Czyli „One Way Ticket” Neila Sedaki, w polskiej wersji śpiewany przez Helenę Majdaniec jako „Bilet w jedną stronę”.
Dla nas okazał się biletem z liceum na bruk. Po latach dowiedziałem się, że te mapy wyrzucili Zbyszek Seifert, Janusz­ ­Stefański i Edek Anioł, o czym powiedział mi Janusz podczas któregoś wyjazdu z Ewą Demarczyk. Zatem wywalili mnie, w domu rozpacz, co z niego wyrośnie, lata gry na skrzypcach zmarnowane. No, płacz mamy i zgrzytanie zębów ojca… W efekcie trafiłem do średniej szkoły muzycznej, co oznaczało rezygnację z przedmiotów ogólnokształcących, czyli z matury, bo to była jedynie szkoła muzyczna. Spotkałem w niej ludzi, którzy grali jazz, którzy już zarabiali na fajfach w knajpach, w klubach… Świetna szkoła; papieroski się w niej paliło oficjalnie, co mi strasznie imponowało. I ta zmiana szkoły nie tylko mi życia nie zrujnowała, ale wręcz przeciwnie.

Bez wątpienia zaważyła na całym twoim życiu.
Przede wszystkim była to szkoła, której uczniowie już gdzieś grali; wielu chłopaków kończyło ją, żeby mieć papier, który da im wyższe stawki. I ja także szybko zacząłem grać jakieś chałtury, bo umiałem i na perkusji zagrać, i na basie – na przykład w Teatrze Kolejarza.
Fot. Joanna Kułaga/dzięki uprzejmości Pana Zbigniewa Wodeckiego
Grałem, jak grałem, ale trafiałem we właściwe dźwięki. Na gitarze też grałem, co słychać na mym pierwszym longplayu w piosence „Panny mego dziadka”. Naprawdę miałem z tą szkołą szczęście. To w niej odnalazł mnie nikomu nieznany Marek Grechuta. Zaczęliśmy się bawić muzyką, później Marek odniósł sukces w Opolu, a ja, grając z Anawą, już wiedziałem, kiedy na mnie skierowana jest kamera, już poczułem, że lata ćwiczeń na coś się zdały. A to dopingowało do dalszego ćwiczenia. Wreszcie trafiłem do zespołu Ewy Demarczyk…

W ogóle byłeś bardzo aktywny. Nawet muzykę ludową grałeś.
Grałem! Trochę później. I od tamtego czasu wiem, jakie to trudne. Był taki świetny akordeonista Marian Oczkowski, miły człowiek i bardzo dobry muzyk. Kiedyś zaproponował nam, młodym wilczkom z orkiestry, granie ze Słowiankami – gdzieś na stadionie, za jakieś grosze. A co to dla nas? – powiedzieliśmy. Próba? Niepotrzebna. Gramy od razu! A potem okazało się, że jeden takt jest na cztery czwarte, drugi na trzy ósme, a trzeci na jedenaście ósmych! Pogubiliśmy się i rozjechaliśmy całkowicie. Jedynie Oczkowski grał na akordeonie zgodnie z nutami. (...)

Z perspektywy lat dostrzegasz jakieś dawne decyzje, których dzisiaj żałujesz? Albo takie, które poprowadziły cię w ślepe uliczki, okazały się porażką?
Nie. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ja głównie cały czas dbałem o to, żeby utrzymać rodzinę, przecież w wieku 25 lat miałem już trójkę dzieci. A byłem tylko skrzypkiem.
Chcesz powiedzieć, że gdyby nie twoje poczucie obowiązku, gdybyś nie miał trójki dzieci, nie chciał im zapewnić bytu, nie byłbyś tak aktywny?
Aż tak to nie. Tak się składało. Wypełniałem tymi skrzypeczkami, jak mi się wydawało, jakąś lukę na estradzie, bo widziałem, że taki gość jest potrzebny. Te lata nauczyły mnie prawdziwego muzykowania z ludźmi, a jednocześnie musiałem się starać, żeby dobrze wypaść jako solista, bo repertuar, który grałem z Ewą, do tego zmuszał… No i troszkę starsi koledzy – Andrzej Zarycki, Stanisław Radwan, Zygmunt Konieczny, którzy pisali muzykę do filmów i dla teatrów, zabierali mnie na nagrania – obok Basi Świątek, Kazia Moszyńskiego, Jurka Klocka… Gdzie ja nie grałem; w Teatrze Bagatela i w Starym Teatrze, i do Łodzi jeździłem na nagrania… Bo jakoś się rozeszło w środowisku, że zagram solówkę, poimprowizuję, a jak trzeba, to i zrobię chórki. Ale to nie było tak, że byłem nastawiony wyłącznie na zarabianie. Z czasem chodziło mi również o to, żeby odnieść jakiś sukces. Żeby się nie dać wykiszkować innym, przecież działały Estrady, ZPR-y i każda instytucja kogoś pchała. Był Krzysiu Krawczyk, był Andrzej Dąbrowski…

Widziałeś w nich konkurentów?
Oczywiście chciałem dorównać im w popularności, a jednocześnie broniłem się przed zaszufladkowaniem jako piosenkarz. Imponowało mi to, że mieli świetne numery – „Przygoda z Marią”, „Zielono mi”, „Jak minął dzień”, ale też nie miałem nigdy ambicji, żeby za wszelką cenę być na pierwszej linii. Właściwie o wszystkim zdecydował przypadek. To on sprawił, że zrobiłem pierwszy program do telewizji, że nagrałem „Muszlę” czy wiele lat później „Pszczółkę Maję”, którą kończyłem rozmaite koncerty. Była najlepszą piosenką na finał, bo po pierwsze – na cztery, czyli dobrze się klaszcze, po wtóre – wszyscy ją znali, zatem mogli się przyłączyć, a zarazem była to piosenka jednoznacznie kojarzona z dobranocką, czyli dawała jasny sygnał, że to koniec wieczoru. I taki finał wystarczająco łechtał moją próżność!

Zanim zostałeś „Pszczołą”, już miałeś inne swoje piosenki: „Lubię wracać”, „Izoldę”, „Bacha”…
Miałem, ale ludzie nie wiedzieli, że to moje kompozycje i aranże. A przecież i parę głównych nagród za piosenki dostałem.

Chcesz powiedzieć, że w twoim przypadku jest podobnie jak z Andrzejem Sikorowskim, który od lat podkreśla, że nigdy niczego nie planował, o nic nie zabiegał, a wszystko samo się zdarzało ?
Wszystko to było jak rwący górski potok. Choć naturalnie, inaczej by moje życie wyglądało, gdybym powziął parę decyzji – na przykład pojechał na stypendium do Leningradu, został w Niemczech czy Stanach…

Wygląda na to, że faktycznie byłeś dzieckiem szczęścia. Nie miałeś nigdy takiego momentu w życiu, kiedy mówiłeś: „k…, ale mam pecha?”.
Wydaje mi się, że nie. A może udało mi się zapomnieć?

Po tylu latach, po tylu dokonaniach masz jeszcze artystyczne marzenia?
Wszystkie marzenia mi się spełniły, bo ja byłem dzieckiem marzącym. Wymarzyłem więc sobie, że wygram kiedyś festiwal i wystąpię w telewizji. I tak też się stało. (...)

Właściwie swoje lata już masz, mógłbyś zostać kombatantem. A czujesz się dojrzałym mężczyzną?
Znasz tę anegdotę? Synek mówi do taty: „Jak dorosnę, zostanę muzykiem”. A ojciec na to: „O nie, synku. Albo jedno, albo drugie”. Coś w tym jest. Ale czuję, że czas płynie. W końcu skończyłem już sześćdziesiątkę. Baczki posiwiały… (...)

A dopada cię czasem lęk, co będzie, gdy stracisz popularność?
Ten lęk jest przekleństwem całego życia. Choć teraz, mając już swoją pozycję i parę milionów dobrych znajomych, powinienem być spokojny. Lecz nie – lęk wciąż we mnie siedzi.

Są tacy, którzy mówią, że sława ich męczy.
Czasem jest męcząca, gdy np. trzeba porzucić gorącą jajecznicę, bo cię w restauracji dopada klasa piąta a z Torunia i musisz złożyć 30 autografów oraz sfotografować się z panią nauczycielką. Ale wyobrażam sobie sytuację odwrotną – gdy mnie nikt nie rozpoznaje. To dopiero stres!

Powiedziałeś kiedyś: „To taki zawód. Jego istotą jest, że  człowiek cały czas przegrywa z ambicją. Jak ktoś się przyzwyczai do sukcesu, trudno znieść porażkę”. Ale ty przecież smaku porażki nie znasz…
No, Wacek, nie rób ze mnie idioty. Przecież żyjemy w Polsce. (...)

Już w 1987 roku mówiłeś: „Z wieloma zdaniami krytyków nie zgadzam się do tego stopnia, że zabroniłbym tym ludziom pisać. Dla mnie człowiekiem kompetentnym i miarodajnym jest ktoś, kto słyszy i czuje przynajmniej tyle, co ja”.
Może to i pewna odmiana kabotyństwa, ale ­nadal tak uważam. Z szacunkiem i wdzięcznością przyjmę wszystkie uwagi na temat moich propozycji artystycznych od Andrzeja Konstantego Kulki. Albo Wandy Wiłkomirskiej. Ale nie od człowieka, który nie ma z muzyką nic wspólnego.

Ty akurat nie byłeś specjalnie chłostany. Nie masz zatem powodów do narzekań. W tym samym wywiadzie mówiłeś o sukcesie: „Cierpię na niedosyt sukcesu, który jest dla mnie sprawą najważniejszą. Według mnie sukces to coś takiego, co nigdy chyba nie nadejdzie. Człowiek jest tak skonstruowany, że jak osiągnie to, co sobie wymarzył, to chciałby jeszcze więcej”. A gdy prowadząca rozmowę osoba zapytała, czego chciałbyś więcej, zareagowałeś: „Nie powiem, bo się wstydzę”. Do czego nie chciałeś się przyznać?
To byłby melanż szampana, kawioru, pięknych kobiet, sławy, niekończących się braw. I benzyny po 2,50.

Pytany byłeś też o swe credo. Odpowiedziałeś: „Być zdrowym, bogatym i szczęśliwym”. Wciąż ci się to udaje.
Aż się boję, że już mi się udało.
Fragment rozmowy pochodzi z najnowszej książki Zbigniewa Wodeckiego i Wacława Krupińskiego „Zbigniew Wodecki. Pszczoła, Bach i skrzypce”, wydanej przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. Zapewniamy, podobnie jak autorzy we wstępie, że ta rozmowa będzie się Państwu podobać... jak piosenki Wodeckiego. Książkę można kupić m.in. w sieci Empik.
sukcesmagazyn.pl
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" zamieszczonego na stronie www.rp.pl/regulamin i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem zamieszczonym na stronie www.rp.pl/licencja
Rekomenduj artykuł, oddano głosów: 

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaloguj lub Połącz przez | Załóż konto

Wypowiadasz się teraz jako niezalogowany

Pozostało znaków: 2500

common