Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Tutaj jesteś: Sukces » Ludzie

Ludzie

Tylko nie nazywaj mnie geniuszem

Paulina Nowosielska 18-08-2011, ostatnia aktualizacja 18-08-2011 15:54

Kilkuletnia Ania uwielbiała koty. Wszystkie, bez wyjątku. Dachowce i te z rodowodem. Pochłaniała mnóstwo książek na ich temat. Pewnego razu trafiła na taką, która opisywała prawa dziedziczenia na przykładzie ras kotów. Od tej pory Anię pochłonęła genetyka.

Dziś Anna Kornakiewicz studiuje medycynę na I Wydziale Lekarskim Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Ma jasno sprecyzowane plany. Chce być neurologiem. Co ją kręci? Funkcjonowanie mózgu, wpływ neurotransmiterów na procesy myślowe. Interesuje ją neurofarmakologia i odkrywanie nowych leków, łącznie z ostatecznym procesem wprowadzania ich na rynek.

Ilustracja Agnieszka Boroń
Anna listą swoich osiągnięć naukowych i tytułów mogłaby wytapetować pokój. W powszechnym rozumieniu jest więc młodym geniuszem. Ale sama reaguje na to określenie śmiechem. – Robię to, co lubię – ucina.
Czy geniusze istnieją? Jeśli tak, to jak ich wyłuskać? W Krajowym Funduszu na Rzecz Dzieci, który opiekuje się młodymi zdolnymi, w ogóle nie używa się tego określenia. – To łatka, która może tylko zaszkodzić – słyszymy. Bo przecież bardziej lub mniej nieudolnych prób zdefiniowania geniuszu w historii nie brakowało. Przeszło 100 lat temu Cesare Lombroso, włoski psychiatra, kryminolog i antropolog, w słynnym dziele „Geniusz i obłąkanie” pisał, że genialność została wraz ze zbrodniczością zaliczona przez niektórych psychiatrów do pewnego rodzaju zboczeń umysłowych. 50 lat temu eksperymentowano z genetycznym doborem geniuszy.
Przez ostatnie kilka lat próbowaliśmy dzieci, często te maleńkie, „programować” za pomocą kursów i kolejnych dodatkowych zajęć.
A dziś? Pewne jest to, że osoby wybitne istnieją, ale to zupełnie inny materiał ludzki niż przed wiekami. A najlepiej w wychowywaniu utalentowanych dzieci sprawdza się zasada zdrowego zaniedbania.

Studium przypadku

Po pierwsze: dwuletnia Elsie Tan Roberts, która już należy do elitarnej Mensy. Tym samym jest w grupie 0,2 proc. najinteligentniejszych dzieci w swoim wieku. Potrafi wymienić 35 stolic państw i rozróżnić prawidłowo trzy typy trójkąta. Jej iloraz inteligencji wynosi 156. Pierwsze słowo wypowiedziała w wieku pięciu miesięcy, a pierwsze kroki stawiała, mając niecałe dziewięć.
Po drugie: Sho Yano, student Uniwersytetu Chicagowskiego. Zaczął studiować w wieku dziewięciu lat. Wcześniej na egzaminie dostał 1,5 tys. punktów na 1,6 tys. możliwych. Po zdobyciu dyplomu naukowego w wieku 12 lat rozpoczął studia medyczne. Iloraz inteligencji Sho wynosi 200. To sporo, zważywszy, że za geniusza uznaje się osobę z IQ równym 130, a Einstein miał 170. Trzyletni Sho pisał już i czytał. Jako pięciolatek wykonywał muzykę klasyczną i komponował. W wieku siedmiu lat chodził do szkoły średniej, która jednak, zdaniem rodziców, nie była na dostatecznie wysokim poziomie. Dlatego Sho miał dodatkowe zajęcia w domu.
Po trzecie: Balamurali Ambati. Skończył liceum w wieku 11 lat, dwa lata później zdobył licencjat z biologii na Uniwersytecie w Nowym Jorku. Szkołę medyczną skończył, mając lat 17, i został rezydentem na Harvardzie.
Opisów podobnych przypadków nie brakuje. Udokumentowane, poświadczone przez szacowne gremia. Dla chętnych są filmy na YouTubie prezentujące niewiarygodne osiągnięcia kilkulatków. Nic dziwnego, że patrząc na nasze dziecko, dopada nas chęć odkrycia w nim geniusza. Gdyby ta chęć okazała się nie do przezwyciężenia, od razu przyda się garść zastrzeżeń. Tak więc: geniusz i dziecko uzdolnione to jakby różne kategorie wagowe. – Poza tym tempo rozwoju i dojrzewania układu nerwowego jest indywidualną cechą – przestrzega dr Magdalena Śniegulska, psycholog rozwojowa dzieci i młodzieży (Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej).
Nasz iloraz inteligencji  w ostatnich latach rośnie. jednak proporcje między uzdolnionymi a przeciętną resztą pozostają bez zmian.  Tylko 2,5 proc. populacji to ludzie wybitni
Jak to rozumieć? Przez analogię do rośnięcia. Jedni wystrzeliwują w górę na początku szkoły podstawowej, inni dorastają powoli. W przedszkolu i w klasach 1–3 najlepiej widać różnice w rozwoju dzieci. To wtedy pojawiają się takie, które na tle klasy mają zdolności, przykładowo matematyczne, wyraźnie przekraczające poziom swojej grupy wiekowej. Później, z upływem czasu, to się rozmywa. W liceum geniuszy nie ma już tylu, co w podstawówce. I nie jest to kwestia zmarnowanych talentów.
Psychologowie są zgodni, że nasz iloraz inteligencji w ostatnich latach rośnie, ale proporcje między uzdolnionymi a przeciętną resztą pozostają bez zmian. Skoro tak, czy można wyprodukować więcej geniuszy? Większość badań pokazuje, że w każdym z nas tkwi określony potencjał i nie możemy się „ulepszać” w nieskończoność. – Zgodnie z zasadą krzywej Gaussa, tylko 2,5 procent populacji to ludzie wybitni – mówi Magdalena Śniegulska.

W poszukiwaniu geniusza

 – Tylko jak rozumieć te procenty? Krzywa będzie działać w zależności od tego, do czego ją przyłożymy. Do osiągnięć szkolnych, wyników testów inteligencji? Człowiek uzdolniony to przede wszystkim osoba, która ma wyższe potrzeby edukacyjne niż reszta – przekonuje Maria Mach, dyrektor biura Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci, którego sama jest stypendystką. Z piątego rocznika. W Rzeszowie, w pierwszej klasie liceum wystartowała w olimpiadzie. Zwróciła na siebie uwagę dyrektora szkoły, który zgłosił ją do Funduszu. W ten sposób poznała ludzi, którzy interesują się tym samym co ona. Nie to, żeby wcześniej czuła się dziwolągiem. Bo czy w ogóle nim była? W swojej naiwności szukała jedynie na szkolnych korytarzach kogoś, z kim mogłaby porozmawiać o Senece.
Granica wieku, kiedy można szukać w dziecku talentu i go rozwijać, to… granica zdrowego rozsądku. A w przypadku Funduszu – czwarta–piąta klasa szkoły podstawowej. – Zdiagnozowanie niektórych uzdolnień w bardzo młodym wieku jest niewykonalne. Chociażby uzdolnienia humanistyczne. Tu potrzebna jest pewna dojrzałość. Stosunkowo łatwo rozpoznaje się natomiast talenty matematyczne, plastyczne – mówi Maria Mach. A jeśli już się odkryje talent? Podstawowa zasada w Funduszu brzmi: nie nakręcać się. – Staramy się nie wytwarzać wokół tego człowieka otoczki niezwykłości. Przenosimy punkt zainteresowania z dziecka na przedmiot jego zainteresowań. To nie ty jesteś ważny jako świetny matematyk. To matematyka jest ważna jako coś świetnego, co można robić w życiu.

A po szkole brazylijskie seriale

Zawiercie w województwie śląskim. 55 tys. mieszkańców. Stąd pochodzi Anna Kornakiewicz. To dobre miejsce na start. O ile tylko ktoś potrafi się sam uczyć, nie potrzebuje snobistycznego przedszkola, najlepszej w kraju szkoły i dodatkowych kursów. Jej gimnazjum było w pierwszej trójce w województwie. A liceum? Powiedzmy, że z tradycjami. Jej mama je kończyła, a ona – kontynuowała tę tradycję.
Ania składała aplikację do Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci w trzeciej klasie gimnazjum. W rubryce „zainteresowania” wpisała: genetyka i nauki neurobiologiczne. Osiągnięcia: olimpiady przedmiotowe na poziomie gimnazjalnym. Była już wtedy dwukrotną laureatką olimpiady biologicznej, z języka polskiego, chemicznej i fizycznej. Od zawsze jej idolem i autorytetem był ukochany dziadek, inżynier. Miał we wnuczce partnerkę w logicznym łamaniu głowy. To on uczył ją twierdzeń Pitagorasa czy Talesa. Niby nic w tym dziwnego.
Tyle że Ania była wtedy w przedszkolu. – Dziadek zawsze miał dla mnie przygotowane tablice matematyczne i geograficzne. Odpytywaliśmy się. Lubiłam też nasze gry słowne: kto znajdzie najwięcej wyrazów na daną literę – wspomina. W tamtych czasach jedną z jej ulubionych książek było „500 zagadek matematycznych”. Z czasem pojawiły się zagadki chemiczne, biologiczne. Uwielbiała rozgryzać mechanizmy działania.
 – Zawsze sama stawiałam sobie wyzwania – opowiada Anna. W podstawówce zgłaszała się do kolejnych konkursów w tajemnicy przed rodzicami. Dopiero gdy już zdobyła wyróżnienie, wspominała im o tym. Dlaczego? – Nigdy nie potrzebowałam dodatkowej motywacji czy dyscypliny. Potrafię się świetnie zorganizować.

Nigdy nie chodziła na dodatkowe zajęcia. Nikt nigdy nie mierzył jej czasu, który poświęca na naukę. Zawsze sama go sobie dawkowała. Miała czas spotkać się ze znajomymi, pojeździć konno. Po szkole biegła do babci na obiad. Siedziały potem razem do późnego popołudnia.
Rozmawiały i oglądały brazylijskie seriale. Po nich wracała do domu i rozmawiała z mamą. Nauka była w międzyczasie.
Miała przyjaciół, nie potrzebowała się nikomu przypodobać. Nie dawała spisać pracy domowej, bo zwykle sama jej nie miała. – Powtarzanie po raz kolejny podobnych zadań było stratą czasu, który mogłam przeznaczyć na naukę czegoś nowego – tłumaczy. I szczerze przyznaje, że choć uczyła się dużo, to nie więcej niż inni. Gdy niektórzy koledzy ze szkoły siedzieli nad książkami po kilka godzin, by dostać trójkę czy czwórkę, ona, robiąc znacznie mniej, kończyła z piątką. Teraz, na studiach, jej znajomi zarywają noce przed sesją. A ona? Ma żelazną zasadę: nie uczy się do późna i śpi zwykle osiem godzin. Chyba że idzie akurat na imprezę. Wyliczanie tytułów i osiągnięć krępuje ją i śmieszy. – Takie to sztuczne i formalne – mówi. Dlatego wymienia tylko te najważniejsze.
Jeszcze w liceum była laureatką Ogólnopolskiej Olimpiady Biologicznej. Później reprezentowała Polskę na Olimpiadzie Międzynarodowej w Kanadzie. Zdobyła brązowy medal. Dzięki Krajowemu Funduszowi na Rzecz Dzieci trafiła na staż do Harvard Medical School w Bostonie. Program Research Science Institute organizował MIT (Massachusetts Institute of Technology) dla 50 Amerykanów i 25 osób ze świata. W Konkursie Prac Młodych Naukowców Unii Europejskiej w Paryżu reprezentowała Polskę. Rok temu brała udział w programie badawczym w Instytucie Karolinska w Szwecji. Jest stypendystką Amgen Scholars, fundacji działającej przy jednej z największych firm farmakologiczno-biotechnologicznych. A ostatnio została członkiem Collegium Invisible, stowarzyszenia działającego na zasadzie mistrz–uczeń. W kolegium jest 15 studentów. Każdy wybiera swojego opiekuna naukowego.
Ania wspomina, jak na początku studiów startowała w konkursie anatomicznym. Ostatni etap. Sala wypełniona po brzegi, ona produkuje się w najlepsze. Po wszystkim podszedł do niej kolega z roku, Darek, i mówi: Ania, nie wiedziałem, że ty taka mądra jesteś. – A co, nie widać po mnie? – spytała, żartując. – O to chodzi, że nie – usłyszała szczerą odpowiedź.

Genialna ciekawość świata

Rafał Machowicz pamięta z dzieciństwa serię książek „Tajemnice zwierząt”. Zielona, sztywna okładka, format A4. Była jeszcze historyczna seria „Tak żyli ludzie” z czerwoną obwolutą. Jego jednak bardziej wciągnęła ta zielona. Rafał jako sześciolatek bardzo czekał na kolejne książki.
Pochodzi z Łodzi. W podstawówce i liceum startował w konkursach, olimpiadach. Na początku lista jego zainteresowań była bardzo długa. Biologia, geografia, chemia, fotografia. I historia, szczególnie ta dotycząca II wojny światowej i bitwy o Wielką Brytanię. Później wciągnęły go szachy. Ówczesne największe osiągnięcia? Pierwsze miejsce w olimpiadzie biologicznej. I dziewiąte w geograficznej. Był wtedy w szóstej klasie. Wszyscy myśleli, że pomylił się, wypełniając rubryki z danymi osobowymi, bo nikt jeszcze w tak młodym wieku nie zaszedł tak wysoko. Na koniec siódmej klasy szkoły podstawowej został zgłoszony do Funduszu. ­Pasjonowało go wszystko, szukał odpowiedzi. Ograniczał go tylko czas.
Z liceum najlepiej wspomina dodatkowe zajęcia terenowe w Lesie Łagiewnickim. Ciekawy ekosystem. Łatwo prowadzi się tam zajęcia jesienią i wiosną. Ale zimą? Razem ze swoim przewodnikiem naukowym szukali chrząszczy biegaczowatych, czyli owadów zimujących w pniakach drzew. Chodzili godzinami w śniegu. Podchodzą do pniaka, przewodnik podważa korę, a tam piękny chrząszcz, trzycentymetrowy, zielonozłocisty, mieniący się. Wspaniale! Idą dalej. Za chwilę trafiają na idealnie czarny okaz, później na czarny z lśniącą fioletową obwódką. Cudownie! Bardzo mu się to spodobało.  – Do dziś darzę te chrząszcze sentymentem – wspomina Rafał.
Co było dalej? Biologia molekularna. Licencjat poświęcony białkom fluorescencyjnym w laboratorium prof. Macieja Żylicza czy badania nad mikroRNA w laboratorium prof. Alberta de la Chapelle w Comprehensive Cancer Center w Ohio. I Wydział Lekarski Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego kończył ze średnią ocen 4,7, a Międzywydziałowe Studia Matematyczno-Przyrodnicze na Uniwersytecie Warszawskim – 4,9.
Dziś Rafał jest lekarzem w warszawskim szpitalu przy ul. Banacha, w Klinice Chorób Wewnętrznych, Hematologii i Onkologii. Chce robić specjalizację z hematologii. Właśnie dowiedział się, że najlepiej zdał egzaminy na studia doktoranckie. Temat przyszłej pracy? Być może HLH, czyli limfohistiocytoza hemofagocytarna. To bardzo rzadka i ciężka choroba, zwłaszcza u dorosłych.

Kiedyś koleżanka z harcerstwa spytała go, co w jego przypadku jest ważniejsze: talent czy pracowitość. W odpowiedzi usłyszała: a co jest ważniejsze w rowerze, przednie czy tylne koło? W biologii pewnych rzeczy trzeba się po prostu nauczyć. Bez podstaw, bardzo dużych
podstaw, nie da rady ruszyć z miejsca. Rafał wspomina, że za każdym razem przed oficjalnym ogłoszeniem wyników olimpiady była długa uroczystość. Koncert, przemówienia. Dopiero później odczytywane są nazwiska laureatów. Gigantyczne emocje.
Pewnego razu, gdy już było wiadomo, że wygrał, zadzwonił do babci. W słuchawce usłyszał: czekaj, czekaj, czyli nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz… – Babcia nie miała sarkastycznego poczucia humoru, była przemiła – prostuje od razu. – Miała olbrzymią mądrość życiową. Uczyła mnie, że są porażki i sukcesy. Trzeba być przygotowanym na obie ewentualności. Dodatkowo pilnowała, by zbytnio mi sodówka do głowy nie uderzyła. Bo czasem mogła odrobinkę podchodzić.
W sumie, czemu tu się dziwić? W czwartej klasie liceum został mistrzem województwa łódzkiego w szybkim czytaniu oraz mistrzem województwa w technikach pamięciowych. Nikt z organizatorów nie spodziewał się, że oba tytuły może zdobyć jedna osoba, co spowodowało konsternację tych, którzy przygotowali identyczne zestawy nagród. Zaskakiwał i później. Chociażby wtedy, gdy został przyjęty jako jedna z 14 osób na staż badawczy w Groningen w Holandii. Odbywał się po kongresie ISCOMS (Międzynarodowy Kongres Studentów Nauk Medycznych), aplikowały osoby z całego świata.
Dziś wspomina, że jedyne, do czego zachęciła go mama, to nauka języków obcych. Na przykład francuskiego. Ale i to okazało się w jego przypadku przydatne. – Na szóstym roku medycyny byłem na stypendium Erasmusa w Strasburgu. Brakowało mi pracy naukowej – wspomina. – Zaciekawiło mnie, że wśród francuskich studentów jest dużo więcej palaczy, niż się spodziewałem. Postanowiłem to zbadać. Zorganizowałem pracę ankietową – badanie rozpowszechnienia postaw związanych z paleniem wśród studentów medycyny w Strasburgu, Warszawie i Teheranie. Praca została przyjęta na kongres ERS (European Respiratory Society) w Wiedniu, największą konferencję poświęconą tematyce chorób płuc, i zdobyła wyróżnienie.

Testy idą do kosza

Jednak nie każdy człowiek o wysokim IQ jest z góry skazany na bycie wielkim naukowcem. Przykładowo, za najinteligentniejszego człowieka, przynajmniej według testów, uchodził William James Sidis. Jego iloraz inteligencji szacowano na 250–300 punktów. Sidis był najmłodszą osobą przyjętą na Harvard, a potem jego najmłodszym profesorem.
Geniusz cierpiał jednak na powtarzające się ataki nerwowe. W rezultacie jego rodzice umieścili go na rok w zakładzie psychiatrycznym. Sidis zmarł w wieku 46 lat na wylew krwi do mózgu. Inna rzecz, że geniusze mają czasem problemy edukacyjne. Thomas Edison skończył tylko trzy miesiące formalnej edukacji. Powód? Nie mógł przystosować się do otoczenia. Z kolei Albert Einstein został poproszony o opuszczenie szkoły. Nauczycielom nie podobało się to, że zadawał dużo pytań. Dlatego w Krajowym Funduszu na Rzecz Dzieci przy poszukiwaniu talentów oceny szkolne w ogóle nie są brane pod uwagę.
Koleżanka z harcerstwa zapytała Rafała, co w jego przypadku jest ważniejsze: talent czy pracowitość. Usłyszała odpowiedź: a co jest ważniejsze w rowerze, przednie czy tylne koło?
Podobnie wyniki testów. – Bo co sprawdzają testy? – pyta Maria Mach. – Głównie zdolność rozwiązywania testów. Są zwykle zestandaryzowane. A specyfika ludzi utalentowanych polega na tym, że trudno ich standaryzować. Nie interesuje nas ani średnia ocen ze szkoły, ani testy z poradni psychologiczno-pedagogicznych, ani poziom IQ. Takie podejście pozwala uniknąć ludzi, których głównym motorem działań jest ambicja. To częste w młodym wieku: mały człowiek jest zarażony głodem sukcesu swoich rodziców.

Te i inne zbrodnie na dziecku

Jaką największą krzywdę można zrobić zdolnemu dziecku? Są dwie skrajne sytuacje. Pierwsza to całkowite zaniedbanie, które ciągle jeszcze się zdarza. – Mieliśmy przypadek chłopca ze wsi spod Łukowa, który interesował się historią sztuki – opowiada Maria Mach. – W oczach swoich bliskich był niespełna rozumu, bo zajmował się rzeczami kompletnie tam nieprzydatnymi. Chcieliśmy zaprosić go na obóz. Ojciec jednak nie chciał go puścić. Trwały sianokosy i dziecko było potrzebne w polu. Nie obchodziły go fanaberie syna. Na szczęście, udało się go wtedy jakoś przekonać. Chłopak później zdał na studia do Warszawy, a teraz robi doktorat.
Ostatnio jednak rodzice coraz zachłanniej szukają w dzieciach talentu – to ta druga skrajność. – Ci ludzie muszą odpowiedzieć sobie na pytanie: po co szukają u dziecka talentu? Czy po to, by chwalić się przed znajomymi? A może po to, by ułatwić dziecku start w dorosłość? – stawia pytania dr Śniegulska.

Jeśli dziecko zaczęło szybko mówić, łatwo się adaptuje w nowym środowisku, umie czytać w wieku trzech lat… Czy to znaczy, że jest geniuszem? Tak z pewnością widzą sprawę rodzice, którzy często posyłają maluchy na zajęcia z angielskiego, gry na instrumentach czy taniec.
Tym bardziej, że trend ostatnich lat właśnie tak kazał postępować.
I rzeczywiście, im szybciej dziecko złapie kontakt z językiem, tym łatwiej się go nauczy. Badania pokazują, że rozpoczęcie nauki po 12 roku życia nie da już takich efektów, a złapanie akcentu jest prawie niemożliwe. – Mnie jednak niebezpiecznie przypomina to hodowanie konia wyścigowego – mówi psycholog. – Trzeba o niego odpowiednio dbać, karmić, zapewnić suchy wybieg. A co jeśli nie przyniesie spodziewanych zaszczytów?
 – Małemu dziecku trzeba przede wszystkim nie przeszkadzać. Obserwować? Tak. Ale dajmy mu szansę, by to ono wysłało do nas sygnał, co je ciekawi – wtóruje Maria Mach. – Gdy dziecko spyta nas, jakie są najwyższe góry na świecie, to zamiast od razu odpowiedzieć, lepiej przynieść dziecku atlas. I powiedzieć: patrz, takim kolorem są oznaczone góry niższe, a takim wyższe. Znajdź teraz te najwyższe. Być może w ten sposób zainteresujemy dziecko geografią. To lepsze rozwiązanie niż zapisać je na kółko geograficzne i w spokoju ducha oglądać telewizję.
Maria Mach jest współautorką poradnika dla nauczycieli i rodziców pod roboczym tytułem: „Zdolne dziecko. Pierwsza pomoc”. Cały rozdział jest tam poświęcony temu, jak reagować na symptomy wybitnej zdolności. – Chodzi o to, że rodzice muszą zostawić dziecku trochę szarej strefy, w której nie będzie czuło się jak rodzinna inwestycja – mówi. – Stara prawda mówi, że jak się dziecko trochę nie wynudzi, to nie wpadnie na żaden pomysł, nie będzie twórcze.

Zdolny kłopot

Czy uzdolnionym dzieciom jest w życiu łatwiej? Nie. Wszyscy oczekują od nich ciągłych sukcesów. Tymczasem te dzieci zupełnie nie są przygotowane na porażki, które w końcu czasem muszą się zdarzyć. Wygrywasz olimpiady? Dobrze, masz talent. Nie zakwalifikowałeś się do finału? Zawiodłeś, zdolności ci się wyczerpały. Tak często działa system szkolny.

Tymczasem właśnie w chwili porażki młody człowiek szczególnie potrzebuje pomocy. By ktoś wytłumaczył mu, że nie wolno porzucać swojej pasji, nawet jeśli raz coś nie wyszło. – Dlatego jedna rzecz to posiadanie zdolności, a druga – umiejętność pokazania ich światu. Chowanie geniusza, który nie potrafi nawiązywać relacji z ludźmi, to krzywdzenie dziecka – ostrzega dr Śniegulska. Wtóruje jej Maria Mach: – Bardzo powoli przekonujemy innych, że najlepsi potrzebują tego, czego akurat pod ręką nie mają. Czyli wyzwań, zadań na miarę ich możliwości.
Bez tego łatwo jest spocząć na laurach. Nauczyciele często ograniczają się wyłącznie do chwalenia zdolnych uczniów.
Nie potrafią ich rzeczowo skrytykować i wytknąć błędów. Mało jest osób w ich otoczeniu, które powiedzą: to zrobiłeś nieźle, ale jeszcze to i to musisz poprawić. W tym sensie wielu utalentowanych ludzi nie rozwija się tak, jak powinno. Nie jest odkrywany cały tkwiący w nich potencjał.
I tu pojawiają się kusiciele. Oferty w stylu okazyjnych last minute. Jak chociażby szkoły geniuszy, które wśród swych usług oferują nawet nauczanie prenatalne. Na stronie internetowej reklamują się: „Nasi uczniowie, którzy rozpoczęli indywidualną naukę w drugim roku życia, przed ukończeniem pięciu lat piszą i czytają w obu językach, to jest ojczystym i obcym. Wielu spośród naszych uczniów w wieku siedmiu lat, gdy ich rówieśnicy rozpoczynają naukę liter, tworzy własne teksty literackie, książki, opowiadania, scenariusze w języku obcym”. Postawmy sobie jednak proste pytanie: tylko po co?
sukcesmagazyn.pl
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" zamieszczonego na stronie www.rp.pl/regulamin i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem zamieszczonym na stronie www.rp.pl/licencja
Rekomenduj artykuł, oddano głosów: 

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaloguj lub Połącz przez | Załóż konto

Wypowiadasz się teraz jako niezalogowany

Pozostało znaków: 2500

common