Tutaj jesteś: Sukces

Sukces

Wasilewskiego marzenia o kinie

Dorota Chrobak, Paulina Nowosielska 15-04-2016, ostatnia aktualizacja 15-04-2016 00:01
źródło: Sukces
autor: Tomasz Tyndyk
źródło: Sukces
autor: Tomasz Tyndyk
źródło: Sukces
autor: Tomasz Tyndyk

O tym, że chce robić filmy, wiedział od zawsze. Ale czuł też, że na tytuł reżysera musi zasłużyć. Pracował więc ciężko, nieraz stawiając na szali własne zdrowie. Nauczył się bić o budżet, aktora, o każdą scenę. I robi to z zadziwiającą skutecznością. – Zdawałem sobie sprawę, że trudno zaufać komuś z ulicy. Dlatego postanowiłem robić film niezależny. Wiedziałem, że nie mam wyboru. To był mój sposób na wejście w kino – mówi Tomasz Wasilewski, reżyser i scenarzysta. Jego filmy przebojem zdobywają światowe nagrody. Za scenariusz do „Zjednoczonych Stanów Miłości" zdobył niedawno w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia.

Uciekasz od popularności?

Nie wydaje mi się, żebym był popularny. Poza tym popularność nie jest mi do niczego potrzebna. Co innego moje filmy. One jej potrzebują.

A jedno z drugim się nie wiąże?

W jakimś stopniu – na pewno. Ale zamiast „osobą popularną" wolę być „docenionym twórcą". Chciałbym, żeby moje nazwisko kojarzono od razu z filmami, które tworzę. Z tym, co mam w nich do przekazania. Inna forma popularności mnie nie interesuje.

Jednak wyreżyserowany, zmontowany film trzeba potem sprzedać, dotrzeć z nim do ludzi.

Najwięcej przyjemności czerpię z pracy nad samym filmem. Reszta to konieczność. Wolałbym całą promocję zostawić już innym, np. aktorom. A bywanie, pokazywanie się, dyskusje... OK, nie będę pruderyjny: to miłe, gdy ludzie się mną interesują, gdy oglądam potem w prasie swoje zdjęcia.

Jesteś z tych artystów, którzy lubią o sobie czytać?

Nie szukam tych informacji na siłę. Ostatnio przeczytałem trzy recenzje swojego najnowszego filmu („Zjednoczone Stany Miłości" – red.), wszystkie zagraniczne. Ktoś mi je podesłał. Uwielbiam natomiast rozmowy bezpośrednio po seansie. Jestem razem z widzami, mamy na świeżo w głowach sceny, obrazy i emocje. Gdy kilka lat temu byłem na festiwalu w Rumunii z „W sypialni" (pierwszy film Tomasza Wasilewskiego, miał premierę w 2012 r. – red.), ktoś spytał mnie, czy pamiętam pierwszą recenzję na swój temat i jak ją przeżyłem. Długo się zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że... nie pamiętam. Coś innego zwróciło wtedy moją uwagę: to, że zacząłem o sobie czytać per „Wasilewski". Nagle z Tomka, Tomasza stałem się „Wasilewskim". Zacząłem być nazwiskiem, które funkcjonuje publicznie. Pojawiło się w mediach sformułowanie „film Wasilewskiego".

Co w tym dziwnego?

Gdy ktoś mnie pyta, czym się zajmuję, odpowiadam, że jestem reżyserem. Ale jeszcze niedawno czułem się jak idiota, mówiąc o sobie w ten sposób. Przy „Płynących wieżowcach" zdarzało mi się odparować lekceważąco: a, wiesz, robię filmy.

Nie wierzyłeś w siebie?

Zawsze w siebie wierzyłem. I to bardzo. Czułem raczej, że muszę na to miano zasłużyć. Potrzebowałem czasu, żeby zacząć sobie imponować.

Jedna z recenzji na twój temat mówi: „filmy Wasilewskiego to prztyczek w nos wszystkim, którzy twierdzą, że największą bolączką polskiej kinematografii jest brak kasy".

Ja tak właśnie zaczynałem, kompletnie bez kasy. Gdybym „sam" nie zrobił „W sypialni", nadał tkwiłbym na starcie. Przynajmniej od 2006 r. próbowałem znaleźć sposób, by zrobić debiut. Były plany, że już, już się uda, ktoś się do tego weźmie, ktoś wyłoży pieniądze. I co chwila trzeba było plany zmieniać, a początek zdjęć odwlekać. W końcu doszedłem do wniosku, że mogę tak czekać latami i nic z tego nie będzie. Postanowiłem działać sam. Miałem o tyle trudniej, że nie skończyłem reżyserii na znanej polskiej uczelni, jedynie produkcję. Byłem chłopakiem znikąd. Przekonanym, że musi zdobyć kasę, bo potrafi zrobić dobre kino.

...
Poprzednia
1 2 3 4 5 6
Sukces
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" zamieszczonego na stronie www.rp.pl/regulamin i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem zamieszczonym na stronie www.rp.pl/licencja
Rekomenduj artykuł, oddano głosów: 

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaloguj lub Połącz przez | Załóż konto

Wypowiadasz się teraz jako niezalogowany

Pozostało znaków: 2500

Najczęściej czytane

  • 24 h
  • 7 dni
  • 30 dni

Galerie

1 - 1 / 4
common